Konsekwencje  

Posted by Alehandro

Oczy prawie wszystkich obecnych w Tłustej Hrabiance zwrócone były w stronę krasnoluda i strażnika. Bruno przygniatał wzrokiem dawnego współpracownika, a jego toporna dłoń trwała w niemal idealnym bezruchu. Kurt wydawał się wyjątkowo zdenerwowany sytuacją, co rusz zerkał naokoło. W końcu jednak westchnął z oporem, splunął na własną dłoń i podał ją krasnoludowi, lekko wzdrygając się na miażdżący uścisk.
- No to umowa zawarta! - wykrzyknął szczurołap jeszcze raz potrząsając ręką człowieka i szczerząc się. Nie zwracał uwagi na siniejącą twarz Kurta ani jego zaciśnięte zęby. Ten jednak położył mu drugą rękę na ramieniu i skłonił do powrotu na stołek. Krasnolud zluzował chwyt ku wyraźnemu wytchnieniu strażnika i pochylił się w jego stronę.
- Wiesz, że ten bezmyślny wybuch wiele skomplikował - wycedził Kurt ściszając głos - ale jakoś sobie z tym poradzimy. To nie taka sama robota, jak ostatnio - kontynuował szybko, nie pozwalając krasnoludowi na wtrącenie się - Nie będziesz wtyczką. Masz tylko zebrać trochę informacji. I nie chodzi tu o zachodnią basztę. -
- W co ty chcesz mnie...?! - Bruno zmarszczył krzaczaste brwi i już miał zacząć kolejną tyradę, gdy poczuł, że w jego dłoń wciska się mała, lecz ciężka sakiewka. Kurt tymczasem wyprostował się i odwrócił, lecz na jego drodze stanął potężny, wyższy od niego o głowę marynarz. W świetle świec jego cera wydawała się niezdrowo żółtawa.
- Czyszby strasz miejszka najmowała szpiegów?! - wykrzyknął on z teatralną groźbą, opluwając przy tym strażnika - W naszej dzielnicy?! - w dłoni wielkoluda pojawiła się sporych rozmiarów pałka - Zaraz zobaczycie, co czeka... - reszta zdania była jękiem, gdy ćwiekowany nakolannik wbił się w krocze mówiącego. Kurt, uczestnik niezliczonej ilości bójek w pełnym tawern Marienburgu już wyprowadzał cios w ucho kulącego się człowieka. Brunonowi wydawało się, że słyszy "dzięki" wypowiadane tonem najbardziej bluźnierczego przekleństwa. Dalsze wydarzenia były łatwe do przewidzenia.


Wielkolud już leżał na ziemi, a but Kurta rozbijał mu nos. Kilku innych oprychów rzuciło się na strażnika, ale zaraz do bójki włączyli się strażnicy miejscy. Ktoś zauważył niziołka odcinającego sakiewkę i rzucił nim w stół, który rozleciał się w drzazgi, a ale ochlapało wszystkich dookoła. Kupcy szybko przesunęli się w kierunku wyjścia, zaś wszyscy inni rzucili się sobie do gardeł. Gdy na jedną z eleganckich dam wpadł jakiś obszarpaniec, który właśnie stracił zęby, jej towarzysz wyciągnął z pochwy mały, ozdobny sztylecik. Walczący wokół niego zastygli na chwilę, po czym rzucili się w kierunku dandysa z kuflami, nogami od krzeseł i kastetami w dłoniach. Złamał on właśnie jedną z niepisanych zasad bójek karczemnych. Nikt nie wyciąga noży. Teraz poleje się krew.

Greg schował się właśnie za kontuarem przyciskając do siebie córkę, lecz była to raczej ostrożność niż strach. Tymczasem w stronę Bruna zbliżało się dwóch tragarzy portowych o parszywych mordach...

Ty psi synu!...  

Posted by Grzegorz (Fenrir) Wieczorek in

- Ty psi synu! - zakląłem głośno podnosząc głos i otwierając oczy ze zdumienia - 5 złotych guildersów. Jakbym cię nie znał to bym się na drugi bok obrócił i pomyślał, że śnie... Dawnom o takiej kwocie nie słyszał... FIUFIU... - Zagarnąłem starego strażnika i posadziłem go koło siebie, posunąłem się na ławie i posadziłem go obok siebie.
- Niech mnie młot do kowadła przytrzaśnie. - zacząłem - Co was tam tak przycisnęło że z taką kwotą mi tu wyskakujesz. Ta karczma takiego zysku w miesiąc nie przyniesie! Gadaj mi tu zaraz. - moje oczy paliły się ognistymi płomyczkami chciwego krasnoluda.
- Spokojnie spokojnie Bruno - wyszeptał do mnie Kurt - Daj se na wstrzymanie, wszyscy od razu nie muszą wiedzieć...
Sądząc jednak po ilości osób które nagle przycichły i których oczy bądź też uszy skłoniły się w kierunku kominka gwarantowała już jednak absolutny brak anonimowości.
- Słuchaj sprawa prosta. Chodzi żebyś się zatrudnił w magazynie przy zachodniej baszcie...
- O nie Kurt... - przerwałem mu. - Nie wrobisz mnie w to! Na kowadło mojego stryja. Jak nic znowu mnie wrobicie w bycie wtyczką. Pamiętam do dziś jak mnie ten arabiec obtłukł wtedy. Widziałem chyba wszystkie gwiazdy, a to było w kanałach! Oj nie uśmiecha mi się to. Gówno z tego miałem ostatnio. Teraz też pachnie kupą już z odległości... - Zaciągnąłem się dużym haustem rozcieńczonego trunku i skończyłem... - Nawet za 5 złociaków.
- Bruno. Nie łap się starych historii bo to dzieje starsze niż twoja broda...
- Oj mojej brody w to nie mieszaj człowieku! - rzuciłem rozgniewany.
- Dobra krasnoludzie. Prosta sprawa bierzesz robotę czy nie. Decyduj się, bo jak nie ty to tutaj znajdę z tuzin chętnych.
- Dobra łazęgo nie mam i tak nic lepszego do roboty. Szczurów jak na lekarstwo i tak miałem szukać roboty a okolice zachodniej baszty są dobre jak każde inne. Słuchaj zróbmy tak - przyciągam do siebie bliżej i szeptem - Dajecie 2 sztuki z góry i jestem wasz aż po koniuszki brody na najbliższe 2 tygodnie. Reszta po fakcie nieważne czy się uda czy nie... No to jak idziemy? - odsuwam się i z wielkim namaszczeniem spluwam w moją wielką brudną dłoń i podaje w kierunku człowieka z pazernym uśmiechem na ustach, cedząc przez wykrzywione w uśmiechu usta - decyduj się psi synu!

Interes?  

Posted by Alehandro in

Bruno rozglądał się po sali, szukając czegoś niezwykłego. Niezwykłego jak na Tłustą Hrabiankę? Burza zapędziła tu połowę hałastry z rynku, więc łatwo znaleźć było największe osobliwości. Stali klienci - marynarze o zakazanych mordach z głośnymi przekleństwami przegrywali swe ostatnie brzęki w kości, typy spod ciemnej gwiazdy usiłowały ubić podejrzane interesy, szpice gildii podsłuchać jak najwięcej tajemnic handlowych. Pośród nich grupa elegantów pod ścianą - wraz z jakąś damą - odsuwała się jak tylko mogła od obdartusów zajmujących sąsiednie stoliki. Co raz któreś z nich zaczynało głośno kaszleć, widocznie nieprzywyknięte do gęstego karczemnego dymu. Jakiś gruby jegomość w barwach Piekarzy i Cukierników rozprawiał o czymś z grupą niziołków, podczas gdy inny pokurcz właśnie odcinał mu sakiewkę, niedbale zawieszoną przy pasie. Strażnicy miejscy zbici przy jednym ze stołów w rogu co raz wołali do siebie służkę - niezwykle brzydką córkę Grega, Marge - by wypełniła ich kufle podłym ale. Kilku dumnych krasnoludów z Kowali i Druciarzy zajęło duży stół, nieufnie łypiąc na podawany im gulasz. Przy kontuarze obok szczurołapa siedział czeladnik Krawców w postrzępionym stroju, który właśnie zamierzał dokonać niemożliwego - upić się mocno chrzczonym ale Grega.

Na dalsze rozglądanie się nie starczyło czasu, gdyż karczmarz postawił przed krasnoludem mocno zużyty, drewniany kufel ze swoim firmowym napojem. Bruno gotów był przysiąc, że było w nim więcej wody morskiej niż samego piwa, ale mimo wszystko rzucił na blat trochę żeliwa. Greg złapał monety z niespodziewaną zręcznością i wyszczerzył swe nadgnite zęby. Widocznie zarobi dziś więcej, niż podczas przeciętego dekadnia. Szczurołap poczuł jeszcze większą złość. Miał ochotę chwycić kufel i pozbawić bezczelnie uśmiechniętego karczmarza resztek uzębienia. Z trudem opanował się jednak - złym pomysłem było zaczynanie burdy ciosem we właściciela.

Gdy Bruno kończył wychylać "ale" - będące jednak w znacznym stopniu wodą morską - usłyszał wrogie warknięcie Behemota. Krasnolud obrócił się nieco zaskoczony, ale i rozbawiony - ktokolwiek postanowił zdenerwować jego kundla, zaraz tego naprawdę pożałuje. Mężczyzna niewiele wyższy od samego krasnoluda właśnie podnosił ciężki but z ogona pieska. Bruno uśmiechnął się pod brodą, już słysząc wrzaski nieszczęśnika. Behemot natychmiast zerwał się na nogi i zagłębił zęby w łydce człowieka, który o dziwo nie zawył z bólu. Zaskoczony krasnolud przeniósł wzrok na twarz przybysza. Bulwiasty nos i głęboko osadzone oczy przecinała szrama ciągnąca się w poprzek twarzy od płowych włosów, aż po kwadratową szczękę.

- Kurt, ty łazęgo! Zostawże mojego Behemota w spokoju! - wykrzyknął szczurołap, widząc starego znajomego. Wieloletni strażnik Marienburga w wysłużonej kolczudze starał się strzepać z siebie kundelka. W końcu mu się to udało, lecz ten ponownie stanął w pozycji bojowej warcząc na swojego oprawcę.

- Witaj Bruno! - rzekł swoim tubalnym głosem Kurt, podchodząc bliżej krasnoluda - Wybacz niezdarność, jeszczem nie przywykł do nowych butów. Naprawdę dobra robota Szewców, podwójnie wzmacniane i ćwie... - umilkł powoli, widząc gniew na twarzy rozmówcy. - Dobra, do rzeczy. Mam do ciebie interes. - ściszył głos - Za pięć gilderów jesteś chyba w stanie zapomnieć o obolałym ogonie kundla? -

Dajcie karczmarzu coś podłego do picia  

Posted by Grzegorz (Fenrir) Wieczorek in

Dzień jest paskudny! Mało się złapało szczurów... Dosłownie jakby wszystkie pouciekały wyczuwając całą tą ulewe! Pokurcze!... Noc jeszcze gorsza, słabo płacili dzisiaj jak cholera... Do tego leje jak z dziurawego durszlaka! Na dodatek jeszcze cały ten motłoch... Na bogów! Jak można tak irytować starego krasnoluda (warczałem w myślach). Odwróciłem wzrok zmęczony i poirytowany całym tym niepotrzebnym tłumem. W ustach mieliłem suche przekleństwa, które wręcz domagały się trunku. Jeśli szybko się czegoś nie napije to będzie się źle działo...

Koło nogi gdzieś z tłumu wyłonił się czarny kundel podłego pochodzenia i jeszcze gorszego charakteru, w pysku targał jakiś fragment kości nienależycie obgryzionej. Wyrżnął się jak długi koło ogniska chcąc choć troszkę się osuszyć. Jego mokre, poskręcane, brudne futro dawało wstrętny mocny zapach rynsztoka. Podobnie zresztą jak i ja - ale niegdy nie musiałem się tym przejmować i tym razem nie mam zamiaru. Podrapałem Behemota za uchem i warknąłem na Grega niskim gardłowym głosem:

- Dajcie karczmarzu coś podłego do picia bo mi od tej mokrości na zewnątrz w środku zaschło. Tylko szybko bo od tej suchości same mi się pięści zaciskają!

Ledwo usta zmoczy jakaś gorzałka na pewno ożyje choć troszkę i nabiorę humoru. Do tego czasu z należytym skupieniem rzucam spodełba spojrzenia na lewo i prawo poszukując największej ciekawostki w całym tym zgromadzeniu... Albo po prostu pretekstu żeby komuś przyrżnąć... Że też musiało się akurat dzisiaj rozpadać... Tak mi popierdzieliło nastrój jak jasna cholera... Odprowadzam wzrokiem i chrząkaniem Grega by nie zapomniał w całej tej swojej krzataninie o mnie... Bo mnie korci dzisiaj aż nadto cały świat i psuje mi mocno humor...

Tak to się wszystko zaczęło...  

Posted by Alehandro in

Marienburg.

Miasto Złota.
Duma Manaana.
Klejnot Jałowych Ziem.

...i prawdopodobnie najbardziej śmierdzący port Starego Świata.


Zmrok miał zapaść dopiero za kilka godzin, lecz chmury sprawiały, że miasto i zatoka zatłoczona statkami z całego znanego świata pogrążone były w nieziemskim, stalowoszarym świetle. Srebrne kopuły najwyższych wież świątyni Manaana wydawały się płonąć granatowym płomieniem, gdy odbijały tłoczące się na niebie chmury burzowe. Świszczący wiatr dął z siłą zdolną poruszyć dzwony, które wypełniły powietrze nieharmonicznymi uderzeniami.

Kupcy w różnobarwnych strojach gildii zwijali swe kramy z placów, a przechodnie śpieszyli się do domów, karczm lub zamtuzów, by uciec przed pierwszymi kroplami deszczu. Okiennice zatrzaskiwane były z trzaskiem. Zarówno wysmukłe galery elfów, jak i ledwo trzymające się na powierzchni barki niziołków pośpiesznie cumowały przy nadbrzeżu. Promy odbywały ostatnie kursy. Zapowiadała się burza, jakiej nie widziano od miesięcy.

Krople uderzyły o kamienie brukowe niczym młoty, by niemal natychmiast zmienić się w prawie że namacalną ścianę wody. Nikt nie wydawał się zauważać, że zawartość rynsztoków wylewała się na ulice Pierwsze błyski rozjaśniły miasto. Bez nich ostatnie sylwetki przemykające chyłkiem w zapadającym półmroku były nie do odróżnienia.

Jedynie przysadzista postać szła środkiem ulicy ze stoickim spokojem, za nic mając sobie lejącą się z nieba wodę. Jej kroki były twarde, jakby chcące przeciwstawić się sile bądź wyrazić wielki gniew. Mijała kolejne kamienice o niemal niewidocznych szyldach cicho zgrzytając zębami. W końcu skierowała się w stronę budynku na rogu jednego z placów handlowych, teraz zupełnie pustych. Zza jego okiennic przebijało przytłumione światło. Kroki postaci stały się jeszcze twardsze, a uderzenia podkutych butów o bruk niemal głośniejsze od grzmotów. Gdy twarda dłoń schwyciła żelazną klamkę, ta poruszyła się ze zgrzytem, a drzwi otworzyły na oścież.

Krasnolud wszedł do zadymionej sali, ze złością zatrzaskując za sobą drzwi. Cały ociekał wodą, a jego broda, upleciona w dwa równe warkocze była napęczniała i ciężka tak, że ledwie mógł ruszać głową. Zaczął on więc energicznie wyżynać ją na zbutwiałą słomę przy wejściu mieląc w ustach najgorsze krasnoludzkie przekleństwa. Dopiero, gdy pod jego stopami pojawiła się spora kałuża, zrzucił z siebie doszczętnie przemoczoną opończę i rozejrzał się po pomieszczeniu.

Była to wyjątkowo obskurna karczma o kilkunastu połamanych stołach zbitych niechlujnie z porzuconych desek. Za siedziska służyły skrzynki, wiadra i małe pniaczki. Kontuar był tak naprawdę kilkoma większymi skrzyniami ułożonymi obok siebie, a całe pomieszczenie oświetlały śmierdzące łojowe świece wiszące na - mającym się wkrótce urwać - drewnianym żyrandolu u sufitu. Powietrze było przepełnione dymem, a panujący w środku zaduch nie do opisania.

Tłusta Hrabianka.

Bruno wiedział, że nazwę tą wymyślił tutejszy karczmarz, Greg, mający się za wyjątkowo błyskotliwego. Miał on nadzieje, że skojarzenie z dostatkiem i dobrym jedzeniem – którego próżno było tu szukać – zapewni mu więcej klientów. Pomimo tego jedną z najpodlejszych w mieście tawern odwiedzali jedynie najbiedniejsi z mieszkańców Marienburga. Ku zdziwieniu Bruna, tego wieczora była ona pełna.

Ludzie – a także kilku krasnoludów i niziołków – chronili się przed deszczem w najbliższym lokalu, tak więc sporo tu było kupców i klientów z placu targowego. Niektórzy z nich okupowali te „lepsze” stoliki przy ścianach, odsuwając się jak tylko to możliwe od reszty i zatykając nosy. Bruno żałował, że on także nie mógł wejść do najbliższej karczmy czy gospody. Nie wszędzie jednak witano z otwartymi rękoma szczurołapów.

Krasnolud wciąż klnąc pod nosem zaczął torować sobie drogę do kontuaru i paleniska. Chciał się przede wszystkim ogrzać i wysuszyć. Z pomocą twardych łokci i podkutych butów znalazł się tuż obok kamiennego pieca. Co prawda potrawy przygotowywane były na ciasnym zapleczu, lecz pieczono czy też gotowano je zaraz za kontuarem. Z niesamowitego smrodu dobywającego się z kotła Bruno wywnioskował, że podawano gulasz. Krasnolud dopchnął się do kontuaru, przy okazji rozlewając komuś dopiero nalaną – i sądząc z okrzyku – dość gorącą strawę.

- Bruuuuno! - ryknął Greg, tłusty człowiek o łysiejącej czaszce opluwając przy tym kogoś – Co cię dziś do nas sprowadza? Niech pomyślę... Może lekka mżawka za oknem? - parsknął świńskim śmiechem i natychmiast odwrócił się, by nalać komuś kolejną porcję gulaszu niewiadomego pochodzenia.