Bruno rozglądał się po sali, szukając czegoś niezwykłego. Niezwykłego jak na Tłustą Hrabiankę? Burza zapędziła tu połowę hałastry z rynku, więc łatwo znaleźć było największe osobliwości. Stali klienci - marynarze o zakazanych mordach z głośnymi przekleństwami przegrywali swe ostatnie brzęki w kości, typy spod ciemnej gwiazdy usiłowały ubić podejrzane interesy, szpice gildii podsłuchać jak najwięcej tajemnic handlowych. Pośród nich grupa elegantów pod ścianą - wraz z jakąś damą - odsuwała się jak tylko mogła od obdartusów zajmujących sąsiednie stoliki. Co raz któreś z nich zaczynało głośno kaszleć, widocznie nieprzywyknięte do gęstego karczemnego dymu. Jakiś gruby jegomość w barwach Piekarzy i Cukierników rozprawiał o czymś z grupą niziołków, podczas gdy inny pokurcz właśnie odcinał mu sakiewkę, niedbale zawieszoną przy pasie. Strażnicy miejscy zbici przy jednym ze stołów w rogu co raz wołali do siebie służkę - niezwykle brzydką córkę Grega, Marge - by wypełniła ich kufle podłym ale. Kilku dumnych krasnoludów z Kowali i Druciarzy zajęło duży stół, nieufnie łypiąc na podawany im gulasz. Przy kontuarze obok szczurołapa siedział czeladnik Krawców w postrzępionym stroju, który właśnie zamierzał dokonać niemożliwego - upić się mocno chrzczonym ale Grega.
Na dalsze rozglądanie się nie starczyło czasu, gdyż karczmarz postawił przed krasnoludem mocno zużyty, drewniany kufel ze swoim firmowym napojem. Bruno gotów był przysiąc, że było w nim więcej wody morskiej niż samego piwa, ale mimo wszystko rzucił na blat trochę żeliwa. Greg złapał monety z niespodziewaną zręcznością i wyszczerzył swe nadgnite zęby. Widocznie zarobi dziś więcej, niż podczas przeciętego dekadnia. Szczurołap poczuł jeszcze większą złość. Miał ochotę chwycić kufel i pozbawić bezczelnie uśmiechniętego karczmarza resztek uzębienia. Z trudem opanował się jednak - złym pomysłem było zaczynanie burdy ciosem we właściciela.
Gdy Bruno kończył wychylać "ale" - będące jednak w znacznym stopniu wodą morską - usłyszał wrogie warknięcie Behemota. Krasnolud obrócił się nieco zaskoczony, ale i rozbawiony - ktokolwiek postanowił zdenerwować jego kundla, zaraz tego naprawdę pożałuje. Mężczyzna niewiele wyższy od samego krasnoluda właśnie podnosił ciężki but z ogona pieska. Bruno uśmiechnął się pod brodą, już słysząc wrzaski nieszczęśnika. Behemot natychmiast zerwał się na nogi i zagłębił zęby w łydce człowieka, który o dziwo nie zawył z bólu. Zaskoczony krasnolud przeniósł wzrok na twarz przybysza. Bulwiasty nos i głęboko osadzone oczy przecinała szrama ciągnąca się w poprzek twarzy od płowych włosów, aż po kwadratową szczękę.
- Kurt, ty łazęgo! Zostawże mojego Behemota w spokoju! - wykrzyknął szczurołap, widząc starego znajomego. Wieloletni strażnik Marienburga w wysłużonej kolczudze starał się strzepać z siebie kundelka. W końcu mu się to udało, lecz ten ponownie stanął w pozycji bojowej warcząc na swojego oprawcę.
- Witaj Bruno! - rzekł swoim tubalnym głosem Kurt, podchodząc bliżej krasnoluda - Wybacz niezdarność, jeszczem nie przywykł do nowych butów. Naprawdę dobra robota Szewców, podwójnie wzmacniane i ćwie... - umilkł powoli, widząc gniew na twarzy rozmówcy. - Dobra, do rzeczy. Mam do ciebie interes. - ściszył głos - Za pięć gilderów jesteś chyba w stanie zapomnieć o obolałym ogonie kundla? -
Na dalsze rozglądanie się nie starczyło czasu, gdyż karczmarz postawił przed krasnoludem mocno zużyty, drewniany kufel ze swoim firmowym napojem. Bruno gotów był przysiąc, że było w nim więcej wody morskiej niż samego piwa, ale mimo wszystko rzucił na blat trochę żeliwa. Greg złapał monety z niespodziewaną zręcznością i wyszczerzył swe nadgnite zęby. Widocznie zarobi dziś więcej, niż podczas przeciętego dekadnia. Szczurołap poczuł jeszcze większą złość. Miał ochotę chwycić kufel i pozbawić bezczelnie uśmiechniętego karczmarza resztek uzębienia. Z trudem opanował się jednak - złym pomysłem było zaczynanie burdy ciosem we właściciela.
Gdy Bruno kończył wychylać "ale" - będące jednak w znacznym stopniu wodą morską - usłyszał wrogie warknięcie Behemota. Krasnolud obrócił się nieco zaskoczony, ale i rozbawiony - ktokolwiek postanowił zdenerwować jego kundla, zaraz tego naprawdę pożałuje. Mężczyzna niewiele wyższy od samego krasnoluda właśnie podnosił ciężki but z ogona pieska. Bruno uśmiechnął się pod brodą, już słysząc wrzaski nieszczęśnika. Behemot natychmiast zerwał się na nogi i zagłębił zęby w łydce człowieka, który o dziwo nie zawył z bólu. Zaskoczony krasnolud przeniósł wzrok na twarz przybysza. Bulwiasty nos i głęboko osadzone oczy przecinała szrama ciągnąca się w poprzek twarzy od płowych włosów, aż po kwadratową szczękę.
- Kurt, ty łazęgo! Zostawże mojego Behemota w spokoju! - wykrzyknął szczurołap, widząc starego znajomego. Wieloletni strażnik Marienburga w wysłużonej kolczudze starał się strzepać z siebie kundelka. W końcu mu się to udało, lecz ten ponownie stanął w pozycji bojowej warcząc na swojego oprawcę.
- Witaj Bruno! - rzekł swoim tubalnym głosem Kurt, podchodząc bliżej krasnoluda - Wybacz niezdarność, jeszczem nie przywykł do nowych butów. Naprawdę dobra robota Szewców, podwójnie wzmacniane i ćwie... - umilkł powoli, widząc gniew na twarzy rozmówcy. - Dobra, do rzeczy. Mam do ciebie interes. - ściszył głos - Za pięć gilderów jesteś chyba w stanie zapomnieć o obolałym ogonie kundla? -
This entry was posted
on czwartek, 29 stycznia 2009
at 19:22
and is filed under
Marienburg
. You can follow any responses to this entry through the
comments feed
.