Tak to się wszystko zaczęło...  

Posted by Alehandro in

Marienburg.

Miasto Złota.
Duma Manaana.
Klejnot Jałowych Ziem.

...i prawdopodobnie najbardziej śmierdzący port Starego Świata.


Zmrok miał zapaść dopiero za kilka godzin, lecz chmury sprawiały, że miasto i zatoka zatłoczona statkami z całego znanego świata pogrążone były w nieziemskim, stalowoszarym świetle. Srebrne kopuły najwyższych wież świątyni Manaana wydawały się płonąć granatowym płomieniem, gdy odbijały tłoczące się na niebie chmury burzowe. Świszczący wiatr dął z siłą zdolną poruszyć dzwony, które wypełniły powietrze nieharmonicznymi uderzeniami.

Kupcy w różnobarwnych strojach gildii zwijali swe kramy z placów, a przechodnie śpieszyli się do domów, karczm lub zamtuzów, by uciec przed pierwszymi kroplami deszczu. Okiennice zatrzaskiwane były z trzaskiem. Zarówno wysmukłe galery elfów, jak i ledwo trzymające się na powierzchni barki niziołków pośpiesznie cumowały przy nadbrzeżu. Promy odbywały ostatnie kursy. Zapowiadała się burza, jakiej nie widziano od miesięcy.

Krople uderzyły o kamienie brukowe niczym młoty, by niemal natychmiast zmienić się w prawie że namacalną ścianę wody. Nikt nie wydawał się zauważać, że zawartość rynsztoków wylewała się na ulice Pierwsze błyski rozjaśniły miasto. Bez nich ostatnie sylwetki przemykające chyłkiem w zapadającym półmroku były nie do odróżnienia.

Jedynie przysadzista postać szła środkiem ulicy ze stoickim spokojem, za nic mając sobie lejącą się z nieba wodę. Jej kroki były twarde, jakby chcące przeciwstawić się sile bądź wyrazić wielki gniew. Mijała kolejne kamienice o niemal niewidocznych szyldach cicho zgrzytając zębami. W końcu skierowała się w stronę budynku na rogu jednego z placów handlowych, teraz zupełnie pustych. Zza jego okiennic przebijało przytłumione światło. Kroki postaci stały się jeszcze twardsze, a uderzenia podkutych butów o bruk niemal głośniejsze od grzmotów. Gdy twarda dłoń schwyciła żelazną klamkę, ta poruszyła się ze zgrzytem, a drzwi otworzyły na oścież.

Krasnolud wszedł do zadymionej sali, ze złością zatrzaskując za sobą drzwi. Cały ociekał wodą, a jego broda, upleciona w dwa równe warkocze była napęczniała i ciężka tak, że ledwie mógł ruszać głową. Zaczął on więc energicznie wyżynać ją na zbutwiałą słomę przy wejściu mieląc w ustach najgorsze krasnoludzkie przekleństwa. Dopiero, gdy pod jego stopami pojawiła się spora kałuża, zrzucił z siebie doszczętnie przemoczoną opończę i rozejrzał się po pomieszczeniu.

Była to wyjątkowo obskurna karczma o kilkunastu połamanych stołach zbitych niechlujnie z porzuconych desek. Za siedziska służyły skrzynki, wiadra i małe pniaczki. Kontuar był tak naprawdę kilkoma większymi skrzyniami ułożonymi obok siebie, a całe pomieszczenie oświetlały śmierdzące łojowe świece wiszące na - mającym się wkrótce urwać - drewnianym żyrandolu u sufitu. Powietrze było przepełnione dymem, a panujący w środku zaduch nie do opisania.

Tłusta Hrabianka.

Bruno wiedział, że nazwę tą wymyślił tutejszy karczmarz, Greg, mający się za wyjątkowo błyskotliwego. Miał on nadzieje, że skojarzenie z dostatkiem i dobrym jedzeniem – którego próżno było tu szukać – zapewni mu więcej klientów. Pomimo tego jedną z najpodlejszych w mieście tawern odwiedzali jedynie najbiedniejsi z mieszkańców Marienburga. Ku zdziwieniu Bruna, tego wieczora była ona pełna.

Ludzie – a także kilku krasnoludów i niziołków – chronili się przed deszczem w najbliższym lokalu, tak więc sporo tu było kupców i klientów z placu targowego. Niektórzy z nich okupowali te „lepsze” stoliki przy ścianach, odsuwając się jak tylko to możliwe od reszty i zatykając nosy. Bruno żałował, że on także nie mógł wejść do najbliższej karczmy czy gospody. Nie wszędzie jednak witano z otwartymi rękoma szczurołapów.

Krasnolud wciąż klnąc pod nosem zaczął torować sobie drogę do kontuaru i paleniska. Chciał się przede wszystkim ogrzać i wysuszyć. Z pomocą twardych łokci i podkutych butów znalazł się tuż obok kamiennego pieca. Co prawda potrawy przygotowywane były na ciasnym zapleczu, lecz pieczono czy też gotowano je zaraz za kontuarem. Z niesamowitego smrodu dobywającego się z kotła Bruno wywnioskował, że podawano gulasz. Krasnolud dopchnął się do kontuaru, przy okazji rozlewając komuś dopiero nalaną – i sądząc z okrzyku – dość gorącą strawę.

- Bruuuuno! - ryknął Greg, tłusty człowiek o łysiejącej czaszce opluwając przy tym kogoś – Co cię dziś do nas sprowadza? Niech pomyślę... Może lekka mżawka za oknem? - parsknął świńskim śmiechem i natychmiast odwrócił się, by nalać komuś kolejną porcję gulaszu niewiadomego pochodzenia.